czwartek, 18 września 2014
Poranek Kulinarny we WROart
Właśnie nabrałam wielkiej ochoty na wizytę we WROart na Poranku filmowym.
Uwielbialiśmy z Młodym Człowiekiem tam chodzić. Teraz trochę podrósł i robimy to rzadziej, ale jest okazja.
Kulinarny poranek Filmowy.
Będę nalegała by się tam wybrać, zobaczymy jak mi pójdzie.
poniedziałek, 15 września 2014
Szkiełko i oko
Daleko nam do tego miejsca, a może bardziej nie po drodze, ale jak już trafiamy, zawsze wracamy zachwyceni!!
Tym razem skusiła nas nowa wystawa Szkiełko i Oko - tajemnice optyki i oczywiście świetna promocyjna cena biletów 10 złotych od osoby!
Zabawy było co niemiara. Dla dużych i dla małych.
Młody Człowiek biegał między eksponatami jak opętany!
Myślę, że nie pogardzi kolejnym wyjściem do Świata optyki - może tym razem na darmowa wejściówkę z klasą? - jeśli tylko uda im się zorganizować!
Zamiast czczej pogadanki o eksponatach - kilka zdjęć!
środa, 30 lipca 2014
Urodzinowo
Takie cudne kwiaty dostałam na początek! Pomimo, że zwykle marudze, ze nie lubię urodzin prezentów i tego zamieszania, to w tak w małym gronie to sama przyjemność. Miałam obiecane ciacho na mieście... ale mogłam zmienić zdanie i jak nietrudno się domyślić tak właśnie się stało. W wyniku moich wnikliwych obserwacji facebookowych ustaliłam, że w Piecu na Szewskiej jako danie dnia podają dziś Gnocchi in bianco z rozmarynem! Na to czekałam! Po krótkiej walce o miejsce na zewnątrz otrzymaliśmy swoje zamówienia. Jak zawsze tam Pycha!! Zjedzenie Gnocchi w tym upale uważam nieskromnie za bohaterstwo, ale było warto! Minimum składników, maksimum smaku. Rewelacja! Koniecznie to powtórzę! M. zjadla Pizze marinara - pizze vege bez sera. Podobno też smaczna. Ja skubnelam tylko mały kawałek i nie mam zdania co do całej kompozycji. Pewnie dorzucilabym do niej coś solnego, albo rukole... jak to ja ;). Na koniec zjadlysmy lody u Bartona, po uprzednim spacerze oczywiście. Dla mnie tym razem, to już było za wiele dobra - za słodko, ale wspoltowarzyszka nie narzekała. :)
Bardzo miły dzień - tak spędzać urodziny uwielbiam! Dziękuję pięknie M.! :)))
poniedziałek, 9 czerwca 2014
The RAT PACK
Chciałam pójść w maju - ale impreza rodzinna pokrzyżowała plany.
Został czerwiec - więc nie czekając nabyłam bilety i się wybrałyśmy sie z M.
Bardzo było przyjemnie. Całkiem trafna obsada: ucharakteryzowany na ciemnoskórego Sammyego Davisa Juniora - Konrad Imiela - świetny; ujmującym, czarującym, rozbrajającym Deanem Martinem był Maciej Maciejewski. Niestety najmniej charyzmatyczną postacią był o dziwo Frank Sinatra w interpretacji Błażeja Wójcika. Niemniej nie będę się czepiała - bo może to ciężar postaci, albo mojego dla Franka uwielbienia każe mi tak krytycznie oceniać jego występ. :)
Bardzo podobało mi sie to, co mnie zwykle drażni. Standardy były tłumaczone na j.polski, jednak w tak sprawny sposób, że zupełnie nie powodowało to dyskomfortu w słuchania znanych melodii. Na scenie grał prawdziwy Big-Band, a fantastyczny damski chórek Sisters pięknie dopełniał całości. Wszystko wizualnie świetnie utrzymane w klimacie lat 60-tych. Ciekawie wpleciono w przedstawienie wizualizacje - teledyski.
Naprawdę przyjemne popołudnie w imponującym po przebudowie gmachu Capitolu.
Niekoniecznie miałabym ochotę to powtórzyć, ale polecam lubiącym swing w najlepszym wykonaniu. Świetna zabawa.
środa, 21 maja 2014
Horror
Chyba najstraszniejszy, najupiorniejszy balkon jaki widziałam. Od lat niezmiennie upstrzony góra sztucznych kwiatów.
Dla mojej wyobraźni to idealna scena jakichś domowych. kryminalnych dramatów.
Aż strach myśleć, jak wyglądają pokoje....
piątek, 4 kwietnia 2014
Zupa.
czwartek, 6 marca 2014
Sauna
Prawie zapomniałam jakie to fantastyczne uczucie, gdy po wyjściu z gorącej sauny zanurza się ciało w balii z lodowata wodą.
Gdy uda się przełamać strach przed zaburzeniem w płynie o temperaturze zapierającej dech, trwam przez chwilę w zimnie paralizujacym ciało, mierząc własną wytrzymałość. Za każdym razem chwile dłużej - tak dla własnej satysfakcji. Relaksujący zapach olejku i przycmione światło pozwalają się rewelacyjnie odprężyć i rozgrzać od środka.
Wracam do domu, jak otulona ciepłą kołdrą.
Dobrze że nie zapomniałam, jakie to przyjemne. Dobrze, że miałam odpowiednią towarzyszke. Fantastycznie, że trafił mi się przypadkiem prezent.
Wracam do domu i juz tęsknię do następnego razu tu.
sobota, 22 lutego 2014
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Cocofli
Pyszna trufla ze śliwkami i wino koszerne.
Szarmanccy i uczynni Młodzi mężczyźni za barem.
Zdecydowanie tam wrócę.
Włodkowica ma wyjątkowy klimat, a w Cocofli dzieją się sceny, jak z filmu. :)
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Rower.
Po prostu przekonuję się powoli, że może nam obojgu jest ze sobą trochę bardziej po drodze niż myślałam ... może.
Póki co jeżdżę - posiadłszy umiejętności 5-cio latka -narzekając pod nosem na dziury, pagórki, komary, spodnie, korzenie drzew, samochody, przewodnika - ale staram się.
Dzięki niemu spoglądam na świat z zupełnie nowej, piękniejszej perspektywy.
M.
sobota, 20 lipca 2013
Nowe Horyzonty. Shirley - wizje rzeczywistości.
W tym roku festiwal nie emocjonował mnie tak, jak w latach poprzednich. Jestem totalnie nieprzygotowana i co gorsza w ogóle mnie to nie martwiło - do dziś. Jakiś czas temu wygrałam bilety na koncert - i pięknie, przez własne gapiostwo, je straciłam na rzecz innego słuchacza radia.(dobrej zabawy życzę :)) Po prostu nie odebrałam ich w ciągu 14 dni i przepadły! Zatem koncert stoi pod wielkim znakiem zapytania. Jedyne co rozważam to Funky New Orleans - z Wrocławia. Zobaczymy. Karnetu - jak w ubiegłym roku 0 niestety nie wygrałam. Do zakupu biletów zabierałam się jak do jeża i w końcu nie kupiłam nic - to na szczęście jest do nadrobienia. Za to w prezencie urodzinowym dostałam bilet na Shirley- wizje rzeczywistości. Jeszcze raz dziękuję. :)
Wybrałyśmy się do kina po sympatycznym obiedzie w Vedze i słodkościach u Dwóch Małp. Tak, tak - tarta cytrynowa była :)
Przed seansem załapałyśmy się na lampkę wina - które o dziwo mi smakowało. Fartownie trafiły się nam dowolne miejsca do wyboru ... zatem ostatni rząd nasz ... ekscytacja i oczekiwania wobec filmu były wielkie... i zaczął się.
Inspiracją do powstania filmu były obrazy Edwarda Hoppera. Pełne pięknych barw i magicznego światła, zatrzymane na płótnie zwykłe historie. Reżyser z obrazów ułożył historię życia pewnej kobiety. Wyjściowym kadrem każdej sceny, był obraz, który autor ożywiał i ubierał w rozważania głównej bohaterki. Ożywione obrazy pieczołowicie oddawały piękno martwych olejnych pierwowzorów. Sam film, jako zespolenie obrazu, dźwięku i opowiadanej historii, niestety był nużący. Nie to jednak najbardziej mnie zawiodło, liczyłam się bowiem,że to kino artystyczne i rzeczy których nie rozumiem, nie odczuwam podobnie mogą nużyć. Najbardziej zadziwiło i rozczarowało mnie to, że te obrazy i historie wydawały się bardzo smutne,a mnie obrazy Hoppera kojarzą się ze spokojem, ale podszytym pozytywnymi uczuciami. I tutaj moja laicka i dowolna interpretacja dzieła - rozminęła się z wizją reżysera. Niemniej dalej uważam, że odwzorowanie wizualne rzeczywistości z obrazów, było genialne.
No i sam Festiwal i jego niepowtarzalna atmosfera powoduje, że jednak chciałabym zostać wchłonięta przez kino. Zmykam szukać seansu wartego spędzenia 2 godzin w ciemnej sali i na pewno wybiorę się na Rynek - choć komary tną jak szalone.
M.
poniedziałek, 8 lipca 2013
Koniec czasu. Czas na Tartę!
Olaboga!! Cóż to było .. wolę nie wspominać - męczyłam się na tym filmie już od 20-tej minuty - gdy zwątpiłam,że będzie lepiej i temat się rozkręci... a 15 minut przyglądania się lawie z hipnotyczną, niepokojąca muzyką w tle... o nie, dziękuję. Nie było niestety opcji wyjścia z sali - ze względu na nasze szeleszczące reklamówy, które mogłyby kogoś obudzić. 109 minut (no może 89)- rozmyślania o wyjściu z sali. The end of time. P.Mettlera - zdecydowanie nie na moje siły. Sztuka wyższych lotów - nie doskakuję.
Na szczęście, niedaleko są Dwie Małpy!!!
Wybierałam się tam już od dawna, bo słyszałam,że mają genialne ciasta. Nawet parę razy weszłam, zajrzałam do lodówki i oblizawszy się pomknęłam dalej (prawdopodobnie musiałam być na diecie - bo inaczej tego nie potrafię wytłumaczyć). Dziś nadszedł czas próby! Zasiadłyśmy przy różowym stoliku i już po pierwszym kęsie obie jednogłośnie uznałyśmy, że Królową wieczoru została:
Teraz idę szukać przepisu. Taką samą ostatnio piekli w jakimś zagranicznym Masterchef!! To chyba jakiś klasyk! Muszę się nauczyć ją piec! Muszę, muszę, muszę .... a będę do Małp będę wpadać jak tylko się da!
Dzięki E. za miły wieczór i niespodzianki z okazji ...... niechybnie nadchodzącej.
M.
niedziela, 23 czerwca 2013
Mariza - koncert.
Idealnie kontrolując nastrój, chętnie rozmawiała z publicznością. Nauczyła nas nawet kilku słów po portugalsku, takich podstawowych (chyba chodziło o tęsknotę, piwo, wino i coś tam jeszcze :) Zapewniała, że to nie są brzydkie wyrazy :) - które, jak stwierdziła, były wystarczające, abyśmy mogli sie udać w podróż do Lizbony.
Kolejne zadanie było trudniejsze, uczyliśmy się takiej frazy
Wychodziłam z Hali Orbita ze śpiewem na ustach!
*uprzedzam pytania - odnalazłam ją dopiero w domu :)
piątek, 21 czerwca 2013
La Sardine - poezja smaku.
Znalazłam takie miejsce, gdzie będę lubiła wpadać na świetny obiad, który gwarantuje mi długie oblizywanie się! :)
La Sardine... poezja. Przeczytałam o nich chyba w lokalnym dodatku do Gazety wyborczej ... i postanowiłam koniecznie sprawdzić, czy jest tam tak pysznie, jak prezentowano. To była chyba zima, albo wiosna - różnica u nas niewielka... . Od tamtej pory z uporem psychofana śledziłam ich profil na FB, komentowałam zdjęcia i ślinka mi ciekła! Co prawda wspomniany artykuł traktował chyba głównie o daniach śniadaniowych i ciastach, ale prezentowane na FB zupy i dania z ryb proponowane tam - codziennie inne - uwiodły mnie pomysłowością i pięknem.
Nie ukrywam, że po ostatniej dość nieszczęsnej konfrontacji wyobrażeń z rzeczywistością, miałam lekką obawę .. ale lekką .. i niesłuszną.
Przemiła Pani, niewiele dań do wyboru - ale znaleźliśmy coś dla każdego!
Kurczak grillowany, na pure z marchewki z salsą z mango oraz
łosoś grillowany, na pure z pietruszki, z pesto i pomidorkami.
Do tego dzbanek lemoniady z cytrynami, pomarańczami, mięta i chyba melisą (ale głowy nie dam sobie obciąć). Piękne to i przepyszne!!!!
Malutki stolik na ulicy, ciekawe książki i czasopisma do poczytania umiliły czas oczekiwania. Przemiła obsługa!
Miałam wielką ochotę na deser. Piękna biała beza z bitą śmietaną, czy mascarpone kusiła... ale niestety nie mogę jeść zbyt wiele nabiału ... no i moje danie główne było spore, więc deser pozostaje tajemnicą, do następnego razu, bo z pewnością tam wrócę! No i zupa też .. bo zupy wyglądają na bajeczne!!
niedziela, 16 czerwca 2013
GiGi cafe
Wzmiankę o nim zmalałam na jakimś lokalnym portalu lub w dodatku do wyborczej.. nie pamiętam. Do dłuższego czasu szukałam miejsca na naleśniki innego niż French Connection w Renomie, czy FC Naleśniki z Kuźniczej. młody Człowiek jest dość monotematyczny w temacie: biały ser i czekolada lub nutella rządzą. Do wizyty zachęciły mnie szczególnie zdjęcia lokalu, nie odstraszyła mnie ani odległość, ani to, że to w centrum handlowym .. bo naleśnik wygra wszystko.
Wybraliśmy się na obiad... no i klapa.
Dokumentnie się nie zawiodłam, ale... (nienawidzę tego ale, jeśli wcześniej byłam tak pozytywnie nakręcona)... no ale zachwytu nie było.
Ślicznie tam jest w istocie - to fakt! Na tym niestety skończę pochwały.
Menu w miejscu niewygodnym do odczytania, śliczna Pani za ladą nieskora do pomocy, menu w formie papierowej brak, no i nie zauważyłam informacji o samoobsłudze (chwilę zajęło nam zorientowanie się w rzeczywistości). Jak już tak postaliśmy przy kasie, próbując odczytać informacje o smakołykach ze ściany, okazało się że nie ma opcji "zrób swojego naleśnika" jak i nie ma opcji - naleśnik wersja prosta ... Zatem musieliśmy zamówić dla Młodego Człowieka - Banan split - bez banana i bez płatków migdałowych - w cenie normalniej. Słabo. Nasze naleśniki były poprawne, niemniej dość ubogie w nadzienie no i drogie. Co do picia? Lemoniada! - robiona na miejscu... wygląda świetnie.. na pewno będzie pyszna... Taaa. - No zdecydowanie nie dziś! Pominę już jej piekielną kwaśność ... zdecydowanie zdałoby się nieco więcej wody ... no i może cukru... to bym jakoś przetrwała - było ciepło. Jednak lemoniada była gorzka ... a nie każdy lubi smak białych skórek z cytryn.
Co do wnętrza, miałam wrażenie kompletnego rozjazdu wystroju z jakąś elektroniczną muzyką taneczną, serwowaną zbyt głośno. Jakieś delikatniejsze klimaty grałyby mi z tymi pięknymi krzesłami, i lampami z imbryków.
Ogólnie rzecz biorąc .. zapowiadało się fajnie, a wyszło nijak.
Nie wiem nawet, czy będę chciała dać im drugą szansę.
A wielka szkoda, bo wnętrze śliczne i nadzieje były wielkie :(
M.
poniedziałek, 27 maja 2013
You better get juice to Frankie's
Weszłam, wypiłam(zjadłam) i pokochałam forever!!
A było to już ponad rok temu ... nie pamiętam nawet kiedy, na pewno na samym początku działalności.
Wszytko tam mają pyszne!! A najpyszniejszy jest zabójczy uśmiech każdej osób, która nas obsługuje. Przemiły właściciel skupił wokól siebie grono młodych, otwartych osób. Ludzie to dobra energia tego miejsca. No i te soki!!
Tym bardziej cieszę się że teraz będą blisko w Magnolii - chociaż lokal koło Rynku ma najlepszy klimat!!
Mniam!! I love Frankie's.
M.
niedziela, 14 października 2012
Czym skorupka za młodu ....
Poszliśmy dziś na "Święto Dyni" do Ogrodu Botanicznego. Pomijam fakt, że był to dość ryzykowny ruch - ze względu na porę pojawienia się - ok 15 - czyli, gdy całe miasto tam przyszło. Zupełnie zapomniałam, że trzeba się tam udać rano!!!! Pomijam też źle wydane pieniądze - bilety kosztowały 10 zł od każdego kto wyrósł z przedszkola!! Ciekawego nie było za wiele.. a dyń jak na lekarstwo - za to wszelkiej maści stragany - i owszem na każdym kroku. I ta okrutna muzyka łomocząca wokoło. Wiem, wiem dzieci występują itp... ale czy to musza być dożynki - gdzie każdy prezentuje swoje umiejętności ?? Miałbym inna wizję, no ale widać tylko ja.
Najbardziej jednak utkwią mi w głowie dwa obrazki.
Pierwszy - rezolutny tatuś zrywający liść z drzewa - z zadowoleniem przekazując zdobycz synkowi.
I Drugi - tatuś kontrolujący oddawanie moczu przez ok 2 letniego synka, dokładnie pod jakimś nieprzypadkowo stojącym w ogrodzie botanicznym drzewkiem. 50 metrów od toalety!!
No ludzie kochani!!!
O ile w pierwszym przypadku powstrzymałam się od komentarza kwitując to jedynie zdegustowanym spojrzeniem i nawiązaniem kontaktu wzrokowego z ojcem.
Tak w drugim już nie wytrzymałam - zareagowałam. Oczywiście zostałam obrzucona dziwnym spojrzeniem - typu - "czego się czepiasz babo". I tatuś stwierdził, że chłopiec by nie zdążył ...
No logika nakazywałaby chociaż nie sikać pod samo drzewo!! No i rodziców w tym głowa by jednak się udało zdażyć.
Kurczę, zwykle to robię .. i zwykle czuję się jak Idiotka - choć to uczucie powinno raczej towarzyszyć tym do których mówię. dodam, że naprawdę zawsze staram się być bardzo taktowana - jak nie ja!
Ostatnio jakieś dwie Panie, chyba z 3. dzieciaków, w ZOO miały cała siatę obranej marchewki i karmiły niedźwiedzie. Tam jest napisane że nie karmić !!! - a nie nie karmić niczym poza marchewką!!
Tak samo z małpami.
- Daj kawałek jabłuszka małpce.
- ??? - Proszę nie karmić zwierząt - tutaj jest napis.
- Przecież to tylko jabłko - proszę pani!!
- Tak ale przed Panią było tu 20 innych osób które robiły to samo!!! To jest małe zwierzę,
Zwierzę nie odmówi posiłku - dokładnie jak dziecko - gdy jest dla niego atrakcyjny. Poza tym tu we Wrocławskim ZOO są karmienia - takie dla ludzi specjalne, można iść, nakarmić z treserem, opiekunem itp - pod kontrolą!! Jest dzieciniec zwierzęcy i tak zwykle leży dla zwierzaków jakieś jedzenie.
Czy to jest taka tajemna wiedza, że dzieciaki powtarzają potem zachowania rodziców? Czy trudno jest pomyśleć, że zachowując się w ten sposób hodujemy wandali i nieświadomych, beztroskich, "wdupiewszystkomających" osobników.
Dlaczego Ci rodzice - którzy wrócą potem z dziećmi do własnych domów, ogrodów, zwierząt - nie siusiają pod drzewa w ogrodzie, nie pozwalają wszystkim karmić swoich psów i kotków ile wlezie, nie ogołacają z liści swoich ogrodowych pięknych okazów?
Wymagają świetnej obsługi, czystych chodników, pięknych parków - a płacąc za bilet niektórzy czują, że im już wszystko wolno !!
Nie pojmuję.
M.
niedziela, 12 lutego 2012
Ciasto marchewkowe
Hmm - pomyślałam... wygląda nieźle. Muffiny marchewkowe, co prawda nie weszły do stałego repertuaru, jednak chciałabym zmienić ten fakt. Składniki.. oprócz marchewki, ananasy i orzechy - brzmi obiecująco, jakiś tajemniczy "frosting" do przełożenia... no muszę sprawdzić cóż to za cudo.
No i sprawdziłam. Upiekłam ciasto - choć niemałego kłopotu narobiło mi przeliczanie na szklanki, gdyż szklanki o standardowej pojemności nie posiadam,a miarka niestety się stłukła. Niemniej - wyszło! Miarkę kupię potem. Ciasto stygło, a ja udałam się na przemiłe spotkanie. Wieczór, -12 stopni na dworze, a my w poszukiwaniu ciepłego miejsca, w którym mogłybyśmy pogadać - trafiłyśmy do SPEAKAESY. Miło, przytulnie, sympatycznie. Podobno pyszne ciasto, moja ulubiona herbata, co prawda słaby grzaniec - ale to lokal nawiązujący do czasów prohibicji ... wiec jakoś to można wytłumaczyć. Wrócę tam... chociażby by sprawdzić jak smakują kanapki z łososiem, albo wypić kawę i poczytać zdjęty z półki kryminał. No i puszczali Basię! Gdzie jeszcze puszczają Basię. :)
Po powrocie w okolicach 1, postanowiłam dokończyć dzieła z ostudzonym ciastem (podobno nie jestem całkiem normalna). Zabrałam się za "frosting", który wyszedł o niebo za słodki... następnym razem skoryguję ilość cukru pudru (niepełna szklanka pewnie też wystarczy).
Tak - następnym razem! Bo na pewno będzie następny raz! Naprawdę jest najlepsze!
M.
niedziela, 29 stycznia 2012
The Muppets.
Z okazji Urodzin, Młody Człowiek zażyczył sobie wizytę w kinie by obejrzeć Muppety, więc wczesnym rankiem udaliśmy się na seans. Tym razem Multikino, bo tylko tam film grano i jak się okazało, bilety rodzinne w weekend, są w całkiem przyzwoitej cenie. Miło, sympatycznie, pusto!
Nie jest to film najwyższych lotów, i nie taki ma być. To lekko naciągana, lecz zabawna historia o walce Muppetów o utrzymanie swojego dawnego Studia Nagrań. Historia śpiewana dodam.
Młody Człowiek był zachwycony, dorośli również zaśmiewali się z niektórych żartów. Brakowało całego, prawdziwego spektaklu Muppetów, jakie pamiętamy. Koniecznie trzeba do tego wrócić.
Zupełnie zapomniałam, że uwielbiam Gonzo!! za jego niezmordowaną energię i dryg do latania. :D
Po seansie, aby pozostać w temacie urodzinowych, wstąpiliśmy na kawę, koktajl waniliowy i przepyszne ciasto do Lulu Cafe. To miejsce też uwielbiam. Rzadko w centrum handlowym udaje się stworzyć tak przytulne miejsce. A poza tym mają najlepszy orzechowo-bezowy tort na świecie!
M.
PS: Przeraziła mnie jedna tylko rzecz.. Gdy zapytałam, który film, z tych jakie pokazywano w skrótach przed pokazem, podobał się Młodemu Człowiekowi najbardziej .. odpowiedział bez wahania.. ten z biedronką!! (czyli nie mniej nie więcej.. reklama Biedronki) UPS!!!
poniedziałek, 23 stycznia 2012
VooVoo i Ladies String Quartet
W sobotę, na fb stronie Ethno Jazz Festival - wygrałam bilety na VooVoo, które bardzo lubię. Od razu pożałowałam, że nie mam obok Iv. Lata temu słuchałyśmy tej muzyki, właściwie dzięki niej znam VooVoo. Piękne czasy!
Do dziś mam w głowie w trudnych chwilach hymn optymistyczny. "Myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć ..."
Nie było jej, więc pewnie czeka na relację! Oto i ona.
Koncert odbywał się w Synagodze pod Białym Bocianem - więc to podwójna przyjemność. Nie byłam tam jeszcze, pomimo kilku podejść, a słyszałam wiele dobrego i była to prawda. Miejsce piękne. Cała ulica Włodkowica ożyła ostatnio. Namnożyło się restauracji, pubów, jest piękny hotel, biurowiec. Dawno się tamtędy nie przechadzałam. Owszem byłam latem, ale jedynie w Casablance od strony rzeki, a tu tyle zmian. Dziś w mżawce kostka połyskiwała, neony się skrzyły, było magicznie.
Ale do rzeczy, bo znowu odbiegam. Muzycy weszli na scenę punktualnie, co rzadko się zdarza. Weszli i zostali na niej przez kolejne 2 godziny. Popijając czerwone wino, żartując, uśmiechając się do siebie i świetnie bawiąc dali popis niezwykłego kunsztu muzycznego, dystansu do siebie i poczucia humoru. Od pierwszych chwil publiczność reagowała genialnie, co skwapliwie wykorzystywał Mateusz Pospieszalski prowokując do wspólnego śpiewania. Artyści pokazali, jak doskonali muzycy świetnie czują to co robią, jak się szanują i rewelacyjnie bawią pracując ze sobą. Zazdroszczę takiego porozumienia, zawsze gdy dane mi jest je obserwować. Dla mnie miarą dobrego koncertu są dwie rzeczy, to czy "gębula" sama mi się śmieje w trakcie, a nóżka podryguje wyrywając się do tańca i to jak długo potem wydarzenie zostaje we mnie. Tutaj śmiałam się szczerze z żartów (W.Waglewski non stop przedstawiał zespół - ze szczególną atencją wskazując na piękny kwartet smyczkowy), jak i sytuacji generowanych przez wesołych panów na scenie oraz uśmiechałam do muzyki i wspomnień. Nóżka tupała, a jakże, przy takiej ilości umiejętnie mieszanych genialnych dźwięków - nie da rady inaczej. Melodie nucę do teraz, bo wykopałam je gdzieś z głębokiej szuflady pamięci, są we mnie więc jak wylazły to jeszcze długo nie dadzą się spowrotem zamknąć.
Było pysznie! Tak, pysznie - właśnie takie słowo przyszło mi do głowy po wyjściu z Synagogi, bo była to prawdziwa uczta muzyczna. Brawo! Dawno nie widziałam takich owacji na stojąco.
I udało się zrobić kilka fotek.
M.
PS: A wczoraj ... też byłam na koncercie. Trochę metal trochę rock, trochę grunge. Zespół MŁYN i goście. Tam najważniejsza była pasja, bo muzycy na co dzień robią zupełnie co innego. Ale o tym przy okazji, może kiedyś wyskrobię jakiś post o ludziach, którzy mają odwagę realizować swoje marzenia.









